Sezon yacht rocka #2: The Doobie Brothers

Z racji, że chciałbym wam zaprezentować przykładach czym jest yacht rock, w poniższym cyklu omawiane przeze mnie płyty będą otrzymywały ode mnie nie tylko ocenę jakościową samego albumu, ale też całościową i cząstkową ocenę przynależności do stylu yacht rockowego.

Takin’ It to the Streets | 1976 | pop rock/yacht rock

ocena albumu: 8/10
ocena jachtowości: 45,55%

Wheels of Fortune – 30%
Takin’ It to the Streets – 70%
8th Avenue Shuffle – 50%
Losin’ End – 70%
Rio – 50%
For Someone Special – 30%
It Keeps You Runnin’ – 50%
Turn It Loose – 20%
Carry Me Away – 40%

Po rewolucji seksualnej w USA było wiele zespołów dla hipisów i motocyklistów, ale historia The Doobie Brothers jest szczególna. Temu oferującemu powszechną wówczas mielonkę rocka z bluesem, country i folkiem zespołowi przydarzyło się „szczęście w nieszczęściu” w postaci choroby głównego wokalisty i gitarzysty grupy Toma Johnstona. Wywołane, heh, rockandrollowym stylem życia wrzody brzuszne okazały się tak poważne, że grupa musiała szukać nowego członka. Z polecenia Jeffa „Skunka” Baxtera zainteresowano się skromnym chłopakiem o imieniu Michael McDonald. Mówię „skromnym”, bo piosenki jakie zademonstrował członkom grupy uważał za niespecjalne, a mimo to znalazły się już na pierwszej płycie the Doobie Brothers z jego udziałem i, jak pokazała historia, okazały się być jej najjaśniejszymi punktami.

Takin’ It to the Streets, bo tak się ona nazywa, jest dla grupy zwrotem może nie o 180 stopni, ale przynajmniej 120. Tytułowe zabieranie tego na ulice przemyca słuchaczom wiadomość o zmianie kierunku muzycznego grupy. Nasi Bracia Giboni zawsze byli zespołem wielkomiejskim, ale dopiero teraz zaczęli to podkreślać w warstwie brzmieniowej. Patrick Simmons, jeden z założycieli grupy i uosobienie jej ducha przyznał, że w całości zdawał sobie sprawę co robił zgadzając się na działania McDonalda polegające na powolnej studyjnej ewolucji Doobiesów w grupę r&b. Jestem mu za to bardzo wdzięczny, bo od Takin’ It to the Streets zaczyna się seria albumów zespołu, do których w końcu mam ochotę często wracać.

Jak przystało na „dzieło przejściowe”, mamy tutaj do czynienia z utworami przedstawiającymi różne oblicza zespołu. Takie „Wheels of Fortune” to niesamowicie zażerający funk rock, a utwór tytułowy to najlepsza piosenka gospelowa w wykonaniu zespołu rockowego. Na „8th Avenue Shuffle” Simmons proponuje swojego SYGNATUROWEGO happy-rocka, któremu kolorytu nadaje wyraźny wpływ McDonalda i jego inspiracji. „Losin’ End” to pierwszy kawałek Doobiesów, który sięga brzmieniowo (w melodii syntezatora) po charakterystyczną yacht rockową słodycz. Mimo że zawiera rozstaniowy tekst. Na winylowej stronie B rozpoczyna się trójka bardziej kombinujących kawałków. Jak wskazuje tytuł, „Rio” inspiruje się brazylijskimi rytmami, ale łatwiej jest je zrozumieć w kategorii progresywnego funku. Deep cutem albumu jest klasycznie kawałek Tirana Portera, czyli tym razem mistyczny blues „For Someone Special”. Być może moim ulubionym kawałkiem jest „It Keeps You Runnin’”, na którym McDonald prezentuje swoją wizję… psychodelicznego popu. Jedynie ostatnie dwie piosenki nieco odstają od reszty. „Turn It Loose” z ostatnim w tym okresie występem Johnstona wyróżniałoby się na poprzednich albumach Gibonów, ale nie na tym, a końcowe „Carry Me Away” obnaża nowy kierunek grupy aż za bardzo, bo to do bólu tradycyjne r&b, które ratuje się tylko wciągającym refrenem.

Livin’ on the Fault Line | 1977 | yacht rock/r&b

ocena albumu: 9/10
ocena jachtowości: 46%

You’re Made that Way – 80%
Echoes of Love – 70%
Little Darlin’ – 30%
You Belong to Me – 80%
Livin’ on the Fault Line – 0%
Nothin’ But a Heartache – 90%
Chinatown – 0%
There’s a Light – 80%
Need a Lady – 40%
Larry the Logger Two-Step – 0%

Komercyjny sukces Takin’ It to the Streets Giboni potraktowali jako sygnał do dalszego brnięcia w estetykę wymuskanej mieszanki rocka i r&b. Na Livin’ on the Fault Line już wyraźnie widać czego zespół chce. Brzmienie jest delikatniejsze, lżejsze i bardziej przestrzenne. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że minimalistyczne. Na pierwszy plan wysunęły się klawisze oraz sekcja rytmiczna ze standardowymi u the Doobie Brothers dwoma zestawami perkusyjnymi i licznymi perkusjonaliami. To co jednak najbardziej wyróżnia tę płytę, to rozstrzał między skomplikowaniem znajdujących się na niej piosenek. Livin’ on the Fault Line w tym zakresie pokazuje wszechstronność grupy, bo choć większość albumu wypełniają technicznie proste numery r&b, to znajdują się tutaj również dwa progresywne kawałki zahaczające o jazz-funk fusion.

Mowa o utworze tytułowym i „Chinatown”, które zdają się być przeciwwagą dla rhythm-n-bluesowego serca płyty. Wysyłają słuchaczowi informację, że dobór głównego repertuaru jest kwestią wyboru, a nie lenistwa bądź ograniczonych zdolności. No ale właśnie w tych kawałkach r&b kryje się prawdziwa siła płyty. Każdy z nich, czyli „You’re Made that Way” ze wspaniale wygiętą melodią w refrenie, cover motownowego Marvina Gaye’a „Little Darlin’”, standardowa, coverowana później przez chociażby J. Lo ballada „You Belong to Me absorbują swoją melodyjnością i ekspresją. Podobnie sprawa się ma z bardziej klasycznie popowymi piosenkami jak „Nothin’ but a Heartache” z przejmującą harmonią w refrenie, czy refleksyjnym „There’s a Light”. Poza tym największym hitem na trackliście jest „Echoes of Love”, które pomaga mi w ćwiczeniu falsetu pod prysznicem, freakowy soul Tirana Portera „Need a Lady” i kończący płytę, zupełnie niepotrzebny krótki country instrumental „Larry the Logger Two-Step”, którego zadaniem chyba było przypomnieć starym fanom o tym, że na koncercie może jeszcze zagrają coś w tym stylu.

Minute by Minute | 1978 | yacht rock/r&b

ocena albumu: 8/10
ocena jachtowości: 67%

Here to Love You – 80%
What a Fool Believes – 100%
Minute by Minute – 100%
Dependin’ on You – 90%
Don’t Stop to Watch the Wheels – 0%
Open Your Eyes – 100%
Sweet Feelin’ – 30%
Steamer Lane Breakdown – 0%
You Never Change – 90%
How Do the Fools Survive? – 80%

Od wydania Livin’ on the Fault Line w zespole sporo się zadziało. Widniejący na zdjęciach grupy, ale nieobecny na albumie Tom Johnston postanowił na dobre opuścić Gibonów. W trakcie nagrywania Minute by Minute sam Jeff Baxter był już jedną nogą na wyjściu, a ostatecznie pożegnał się dopiero po tym jak płyta zaczęła piąć się na listach sprzedażowych. Jego drogą podążyli jeden z perkusistów John Hartman i perkusjonista Bobby LaKind. Przynajmniej pierwsze dwie z tych decyzji o odejściu podyktowane były różnicami artystycznymi z dominującym ideowo duetem Michaela McDonalda i producenta Teda Templemana. To właśnie na Minute by Minute Baxter dostaje tak mało popisówek gitarowych jak nigdy wcześniej, a i od tego albumu piosenki Tirana Portera kończą już tylko jako odrzuty. Tyrania czy poświęcenie w służbie zabawiania mas? Co do drugiego nie mam wątpliwości. Minute by Minute zostało przeznaczone do podbicia serc amerykańskich słuchaczy i bez problemu mu się to udało.

W porównaniu do poprzednika, Minuta po minucie mocniej stawia na groove, a mniej na piosenkowe zwroty akcji. Na tej płycie nie ma już żadnych tajemnic i to dotyczy zarówno markowych kawałków w ramach stylistyki yacht rockowej, jak i piosenek gatunkowo urozmaicających tracklistę. Pochylmy się na chwilę nad tym podziałem. Jasne, nie jest to nic dziwnego, że The Doobie Brothers na swoich płytach mieszają gatunki i style, ale, przynajmniej za ery Michaela McDonalda, Minute by Minute prezentuje się jako ta nierówna płyta w katalogu zespołu. Może bez DYWERSYFIKACJI nie udałoby się osiągnąć takiego sukcesu i skosić tych wszystkich Grammys, ale kilka piosenek tutaj zupełnie nie pasuje. Mowa rzecz jasna o hard (!) rockowym „Don’t Stop to Watch the Wheels” i bluegrassowym instrumentalu „Steamer Lane Breakdown”. Oczywiście, te piosenki same w sobie nie są złe, ale okropnie zaburzają flow albumu i są jego wyraźną, łatwą do wskazania wadą.

To, co jednak naprawdę ważne, to cała wybitna reszta. To po prostu kolekcja niesamowicie wbijających się w ucho motywów melodyjnych i rytmicznych. Otwierający album beat perkusyjny „Here to Love You” dołączył do grona moich podstawowych funkowych rytmów do nucenia. „What a Fool Believes” to kawałek, który chciałbym, żeby był znany każdemu polskiemu poptymiście. Światło jakim promieniuje ta piosenka jest nieporównywalne z żadnym innym utworem w stylu yacht rockowym. Tytułowe „Minute by Minute” to najmilszy jachcik w zestawieniu, wyróżniający się na tle pozostałych utworów Doobiesów swoim triolowym rytmem. „Dependin’ on You” czaruje swoim piano-gitarowym riffem i mocnym groovem, a takie niepozorne „Open Your Eyes” powabną tanecznością. Folkujący, soft rockowy „Sweet Feelin’” to chyba najcieplejsza piosenka na albumie, a zawdzięcza to między innymi świetnemu refrenowi z udziałem Nicolette Larson. Na koniec zostaje nam „You Never Change” z najbardziej wydziwionymi harmoniami wokalnymi na płycie i maniakalnie wręcz żwawy funk „How Do the Fools Survive?”.

One Step Closer | 1980 | yacht rock/r&b

ocena albumu: 10/10
ocena jachtowości: 95,56%

Dedicate This Heart – 90%
Real Love – 100%
No Stoppin’ Us Now – 100%
Thank You Love – 80%
One Step Closer – 100%
Keep This Train A-Rollin’ – 90%
Just in Time – 100%
South Bay Strut – 100%
One by One – 100%

Po wymianie połowy składu po Minute by Minute, The Doobie Brothers odrodzili się w nowej odmianie. Miejsce „Skunka” Baxtera zajął grający do dzisiaj John McFee, a Hartmana Chet McCracken. Specjalnym dodatkiem okresu wokół ostatniego albumu Doobiesów z czasów McDonalda w zespole okazał się być jednak Cornelius Bumpus. Wzięcie do składu tego utalentowanego jazzmana (saksofon, klawisze, wokal) na krótko, ale na dobre zacementowało zwrot Gibonów w stronę czarnej muzyki. Nagrywając One Step Closer, The Doobie Brothers całkowicie zarzuciło rockowe pretensje by dotrzeć do samego muzycznego środka i go zgłębić. Dzieło, z którym mamy tutaj do czynienia to krystalicznie czysta estetyka osiągnięta w ramach prawdziwej superprodukcji schyłkowych lat analoga.

Bardzo trudno jest wysunąć jakiekolwiek zarzuty w stronę One Step Closer na poziomie ogólnego zamysłu. Nawet przeciwnicy postaci Michaela McDonalda nie zaprzeczą, że wizja luksusowego, maksymalistycznego pop soulu, jaka bije od tego albumu, jest realizowana starannie i z prawdziwym zaangażowaniem. Każdy dźwięk na One Step Closer jest tak błyszczący, wyraźny i kolorowy jak to tylko możliwe. Charakterystyczna dla płyty jest również jej ornamentyka, szczególnie w sekcji rytmicznej. To tutaj jest największe nagromadzenie perkusjonaliów, a dwie ścieżki perkusji są już niemożliwe do niedosłyszenia. Wszystkie piosenki na albumie mają taką samą tożsamość brzmieniową i mimo nagrywania w czterech różnych studiach sprawiają wrażenie powstałych w trakcie jednej sesji nagraniowej.

One Step Closer to najbardziej WYDŻEZOWIONY album zespołu. Nawet piosenki stricte soulowe jak otwierający „Dedicate This Heart”, czy tytułowy są naszpikowane bogatymi akordami i ozdobnikami. Jedyny utwór Bumpusa w dyskografii The Doobie Brothers, „Thank You Love” to napięta, inspirowana brazylijskimi rytmami jazzowy kręcioł, na którym dwie minuty zostają przeznaczone na same solówki instrumentów, w tym wibrafonu. Na trackliście znajduje się również instrumental „South Bay Strut”, który jest oświadczeniem, że gdyby tylko chłopakom się chciało, to mogliby grać topowy smooth jazz. Nagrodę dla najbardziej melodyjnie wykręconej piosenki na albumie otrzymuje drugi raz z rzędu Simmons ze swoim „Just in Time”, a McDonald dla najbardziej przebojowej („Real Love”) i fikuśnej („One by One” współpisane wraz z McCrackenem).

Jak oceniać efekty eksperymentu mającego na celu zamienić grupę rockową w grupę r&b? Wprawdzie rezultat pracy w studiu jest w moich oczach absolutnie fenomenalny, ale muzycy biorący udział w sesjach do One Step Closer przyznali, że było to dla nich wyniszczające doświadczenie. Do McDonalda i jego stronnika, producenta Teda Templemana dostosowywała się reszta zespołu. Tiran Porter opuścił skład tuż po zakończeniu nagrywania albumu. W 1981 doszło nawet do tego, że grupę chciał opuścić sam Simmons i tym samym sprawić, że pozostanie bez żadnego członka-założyciela. Zamiast tego postanowiono zakończyć działalność The Doobie Brothers. Grupa miała wrócić (bez McDonalda w składzie) dopiero w 1987 roku, ale w międzyczasie McDonald i Simmons wydali płyty w stylu yacht rockowym. Tym zajmiemy się jednak za tydzień.
24.07.2022 i 31.07.2022